Najnowsze notki

  • Napisane 3 Kwiecień 2012 o 23:41

Nigdy nie możemy dojść do porozumienia z moją Mamą. Nie potrafimy zrozumieć swoich potrzeb i pragnień. Mam w sumie wrażenie, że to Ona nie potrafi mnie zrozumieć, albo nie chce, co jest bardziej prawdopodobne… Może nie potrafi zaakceptować tego, że już nie jestem małą dziewczynką i też mam prawo głosu i wyboru. No, ale co z tego, skoro Ona i tak ma zawsze rację… Sytuacja się pogarsza przed świętami i nie ważne, czy to Boże Narodzenie, czy Matki Boskiej Pieniężnej. Obojętnie jakie to święta – kłótnia i tak musi być! Można by było nawet powiedzieć, że zrobiła się z tego tradycja, z której mimo wszystko nie jestem dumna.

Byłabym w stanie zrozumieć te wszystkie sprzeczki, gdyby to były poważne powody do kłótni, ale oczywiście poważne nie są. Bo po co ustalać kto i kiedy ma z psem wychodzić? Po co ustalać podział obowiązków w domu? Co z tego, że mogę mówić, że posprzątam mieszkanie, czy jego część jak tylko wrócę z uczelni, że w wolny dzień posprzątam calusieńkie mieszkanie, że nawet w podłodze się będzie mogła przejrzeć, skoro Ona to może wszystko zrobić jak mnie w domu nie ma, a potem mi awantury urządzać, że sama z własnej inicjatywy nic nie robię. Nawet jak bym chciała cokolwiek zrobić to nie ma sensu, bo już to jest zrobione… Kiedyś się wysiliłam i dosłownie calutki dom posprzątałam jak Jej nie było. Zrobiłam sobie przerwę na papierosa i usiadłam na wersalce w momencie kiedy wróciła. Jej reakcja? „No wiedziałam, że cały dzień będziesz siedziała i nic nie robiła”. Innego dnia wycierałam sobie spokojnie kurze z mebli, a ona podeszła i zaczęła mnie poprawiać twierdząc, że w ogóle nie widać różnicy. Dziękuję za docenienie moich starań…

Z psem też długa historia. Mamy Westa. Młody nie jest, ale na tle innych przedstawicieli tej rasy spokojnie wyglądem przypomina odhodowanego szczeniaka – ot, takie małe chucherko. Gdy do nas trafił był posłuszny, grzeczny i bał się wskoczyć na jakikolwiek fotel, bo u poprzednich właścicieli nie było mu wolno. Po tygodniu u nas musiałam z nim walczyć o kawałek miejsca na wersalce, żeby spokojnie zjeść obiad przy stole – mały tak się na mnie pchał i próbował pode mną zrobić podkop w pokryciu, że nie raz wychodziłam z tej batalii z podrapaną ręką albo udem:) Z ułożonego psa zrobił się „synuś mamusi”, który może zrobić niemalże wszystko…. Zaczyna rozrabiać, to oczywiście moja wina, bo z nim zaczynam, zaczyna szczekać, bo się z nim droczę rzucając mu piłeczkę, to od razu krzyk na mnie, żebym przestała, bo jak tak można! To już widocznie z własnym psem się bawić nie można.

Nawet mój chłopak nie chce już do mnie przychodzić… Przez Mamę. Co biedaczek nie zrobi, to źle! Pyta się kulturalnie, jak Jej dzień minął, to krzywe spojrzenia pod jego adres lecą. Innym razem siedzi spokojnie w pokoju i się nie odzywa, bo się boi, żeby nie wytrącić Jej z równowagi – jak Bóg da, to jego przyszła teściowa w końcu, więc woli nie podpadać;) – to wąty, że za cicho siedzi. Pójdziemy do mnie do pokoju i zamknę drzwi – ło la boga – foch przez tydzień. Bo jakim prawem tak po chamsku się wobec Niej zachowuję! Jakbym tajemnice jakieś miała! Ja się pytam, kto ich nie ma. Małe, duże – każdy je ma, nawet Ona i jakoś problemu nie robię jak nie chce mi czegoś powiedzieć.

Dzisiaj było kolejne sprzężenie. Delikatne na szczęście. Siedziałam dzisiaj w domu, ale miałam niemoc twórczą i tylko z grubsza poogarniałam, żeby jako tako wyglądało. Ona cały dzień poza domem, bo coś tam załatwiała i wyszło w praniu, że Ona jednak jeszcze pójdzie na zakupy – kupi już coś na święta. W sumie to mówiłam, że zakupy załatwię w tygodniu, ale tak to chociaż kilka rzeczy z listy się skreśli. Jak wróciła, to całą listę mogłam wyrzucić. Prawie wszystko załatwione i stękanie, że jak się Ona nie zmęczyła. To po cholerę tak latałaś? No ale tego nie wypowiedziałam – mam dość kłótni. Wieczorem trzeba z psem wyjść. Myślę sobie, cały dzień z nim wychodziłam, to chociaż Mama teraz z nim wyjdzie, a ja posiedzę trochę z chłopakiem. O ja naiwna… Wygania mnie z psem z mieszkania, a na moje delikatne pytanie, czy nie może ona sama, już krzyk, że mam sobie odpocząć, że wyjdzie, że wiedziała, że tak będzie! Chciałam wyjść, nie ze względu na psa, ale ze względu na moje nerwy. Nie było mi to dane – w korytarzu mnie minęła i chwila moment Jej nie było. Chłopak się zwinął zaraz za Nią, bo nie chciał pogarszać atmosfery. Tylko, żeby jej nie pogarszać, to trzeba wiedzieć z jakiego powodu tak jest, ale taka wiedza tajemna nie jest dana nikomu, bo Mama wychodzi z założenia, że przecież wszyscy znają wszystkie powody. No niestety, nikt w niczyjej głowie nie siedzi…

I spróbuj tu zrozumieć kobietę… Niby baba babę zazwyczaj rozumie i się dogada, ale to jest chyba przypadek ekstremalny…